Lampa

uwaga do czytelnika: na własne życzenie to czytasz, nie miej potem żalu do tego, kto to napisał.

Pierwszy kupiec pojawił się już pięć po dziewiątej rano. Albert jadł śniadanie i zerkał na ekran swego telefonu, gdzie przeglądał najnowsze wiadomości z kraju. Nie interesowały go newsy ze świata, bo był Polakiem i tylko polskie sprawy miał na uwadze. Uważał, że na nic innego nie warto marnować swego czasu. Co go obchodzą powodzie w Lesoto, pożary w Gujanie, czy trzęsienie ziemi na południu Madagaskaru, które pochłonęło podobno aż pięć ofiar.? Nic go nie obchodzą! Albert czytał o problemach finansowych szpitala w Końskich, przegryzając kawałek szynki kromką białego pieczywa. Nic nie rozumiał z artykułu, mimo to powoli składał wyrazy w zdania. Miał na sobie niebieski szlafrok, lekko przetarty na łokciach, śmierdzący stęchlizną i naftaliną. Pod nim nosił blade bokserki, które znalazł niedawno w dolnej szufladzie komody, stojącej w piwnicy.

Zadzwonił dzwonek, wybijając Alberta z zadumy o sprawach lokalnych.

  • Kto, kto dzwoni do mnie? – mówił do siebie, drapiąc się po kroście na policzku. Wstał z krzesła i powoli zaczął iść w stronę drzwi. Powoli. Prawdę mówiąc zapomniał o tym, iż wczoraj umówił się z kilkoma potencjalnymi kupcami, chcącymi obejrzeć jego tajemniczą lampę. Wyleciało mu to z głowy. Albert nie był człowiekiem, który wiele rzeczy pamiętał. Wychował się w sierocińcu pod Wałbrzychem, IQ wynosiło aż 68 punktów. To i tak sporo w porównaniu z jego wspólnikiem i kochankiem Leszkiem, kominiarzem pracującym na dzienne zmiany w Administracji osiedla „Przyjaźń”. Ten ledwo co czytał, prawie nie mówił z wrodzonego debilizmu i spał na stojąco, gdyż bał się okrutnie leżeć, bo mógłby potem nie wstać. Leszka rodzice nie mieli innych dzieci, jeden egzemplarz im w zupełności wystarczał.
  • Kto? – Albert krzyknął w stronę drzwi, poprawiając pasek w szlafroku.
  • Ja w sprawie lampy – odezwał się pierwszy kupiec – Z ogłoszenia.
  • Aha. do tej lampy. Pan wchodzi – ruszył klamką i wpuścił do mieszkania niskiego mężczyznę, wyglądającego jak popularny kiedyś amerykański aktor Danny DeVito. Tylko że DeViti był o wiele ładniejszy na twarzy od tego tutaj.
  • Dzień dobry panu – odparł kupiec, lustrując wzrokiem przedpokój Alberta. – Gdzie jest to?
  • Dzień dobry. Proszę za mną – gospodarz zaprowadził gościa do pokoju, w którym stała magiczna lampa.
  • To jest ona?
  • Tak.
  • Ile pan chce?
  • Tak jak w ogłoszeniu.
  • Taniej można?
  • Nie.
  • I co ta lampa może? Co daje?
  • No napisane jest w gazecie. Jest magiczna, świeci odbitym światłem, tworzy cienie w kolorze i leczy.
  • Drogo.
  • Pan kupuje, czy tylko ogląda?
  • Spuści pan pięć stów i biorę.
  • Nie da się.
  • Pan się namyśli.
  • Namyślę się i zadzwonię do pana.
  • Co leczy?
  • Cukrzycę, świerzb, hemoroidy.
  • Może i bym wziął.
  • To niech pan bierze.
  • Nie mam pieniędzy przy sobie. Zostawiłem w domu. Można to taniej, co?
  • Nie można.
  • Ja się zastanowię.
  • Do widzenia.

Drugi kupiec minął się na schodach z pierwszym kupcem. Zderzyli się ramionami, gdy jeden wbiegał na górę, a drugi schodził na dół. Warknęli obaj, zmierzyli się wzrokiem przez sekundę i rozeszli się.

Albert ledwie co odszedł do kuchni, by dokończyć śniadanie, gdy usłyszał drugi już tego dnia dzwonek do drzwi. Kto to mógł być o tej porze?

  • Kto tam jest? – krzyknął, poirytowany już nieco intensywnością przybywania niezapowiedzianych gości. Dopiero przy ostatniej sylabie pytania, skojarzył, że to może być ktoś z ogłoszenia o sprzedaży lampy.
  • Ja w sprawie ogłoszenia – tubalny głos zza drzwi zabrzmiał, jakby wrota piekieł otworzyły się na rozcież, wypuszczając ze swoich podwojów miliard demonów.
  • Już otwieram, proszę tak nie krzyczeć – Albert nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Za nimi stał wysoki chłop, łysy jak damska pupa. W ustach miał kolczyk, na nosie trzy kropki.
  • Jest ta lampa?
  • Jest. Pan chce ją kupić?
  • Chcę. Gdzie jest?
  • W pokoju obok. Już pana prowadzę. – Albert miał ochotę złapać nieznajomego za rękaw i pociągnąć za sobą, lecz pohamował się w ostatniej sekundzie.
  • To lampa, pan patrzy – pokazał na przedmiot, gdy już obaj weszli do pomieszczenia.
  • Ile za nią?
  • Jak w ogłoszeniu.
  • Ceni się pan. A jak działa?
  • Leczy hemoroidy, cukrzycę, świeci odbitym światłem.
  • Wezmę ją.
  • Aha.
  • Pan przeliczy pieniądze – drugi kupiec wręczył Albertowi plik banknotów.
  • Zgadza się – trochę to trwało, zanim Albert poprawnie przeliczył pieniądze, myląc się kilkakrotnie w dodawaniu. Spocił się mocno, skóra pod szlafrokiem zaczęła go niemile swędzić.
  • Długo pan liczył. Coś nie tak u pana?
  • Nie, wszystko w porządku.
  • To ja zabieram tą lampę. Gdyby coś podobnego miał pan kiedyś sprzedać, to ja z chęcią…
  • Dobrze.
  • Do widzenia.
  • Do widzenia.

  • Gdzie moja lampa? – Leszek miał smutne oczy, gdy zadawał te pytanie. Wrócił z pracy, był zmęczony, brudny i głodny. – Stała tu.
  • Nie ma. – Albert nie chciał się zdradzić, że ją sprzedał. Leszek nigdy by mu tego nie wybaczył.
  • Ale jak to nie ma? Była przecież. I nie ma?
  • Nie ma. Wyszła.
  • Gdzie wyszła?
  • Na spacer.
  • Ale gdzie? – nie dawał za wygraną Leszek. Burczało mu w brzuchu, dlatego podrapał się po głowie. Był debilem.
  • Nie wiem, Leszek. Stała i wyszła. Przecież nie powiedziała mi, dokąd idzie. Lampy nie gadają.
  • No, nie gadają.
  • Jak wróci, to ci powiem.
  • Jesteś prawdziwym przyjacielem, Albercie. – Leszek pocałował go w czoło, zostawiając na nim ślady sadzy i potu. – Lubię cię.
  • Dziękuję. Idź już spać, Leszku. Jutro musisz wcześnie wstać.
  • Dobrze. Ale lampa wróci?
  • Wróci, wróci.

Leszek zmarł w nocy. Pękło mu serce.

Reklamy