Hans Castorp po raz ost

atni.

18 czerwiec, godzina 16pm. Oficjalnie zakończenie „Czarodziejskiej Góry” Tomasza Manna. Jeszcze Posłowie, napisane przez Romana Karsta (pseudonim Adolfa Tuchmana, krytyka literackiego i tłumacza, pochodzącego z żydowskiej rodziny), które ukazała mi troszkę inne punkty widzenia na sprawy, jakie sobie samemu ułożyłem w głowie podczas lektury książki.

Trzy postacie: Napha, Pepperkorn i Settembrini. Trzy autorytety, trzech nauczycieli naszego Hansa. Dwóch umiera świadomą śmiercią samobójcy, trzeci odprowadza bohatera do pociągu i żegna go machaniem dłoni. Moje uczucie sympatii, jak zresztą pewnie i wielu innych czytelników, dalekie było do żydowskiego jezuity, który światem chciałby rządzić poprzez autorytarny terror, który wywyższał śmierć, a z choroby czynił powód do dumy (duszy). Mann specjalnie sportretował go na typa obrzydliwie nieatrakcyjnego fizycznie. Jeśli ktos jest brzydki, niechybnie ma/posiada, odrażające poglądy, powstałe z frustracji i ludzkiej niechęci do siebie. Prawda? Naphta strzelił sobie w skroń, mając już dość siebie samego. Dualizm i monizm – dwie sprzeczności.

Pepperkorn, starzec rodem z Holandii, był sabarytą wielbiącym życie. Pił, jadł, bawił się tyle, ile mógł. Czyli za dużo. Wino, kobiety i śpiew. Stary Dionizos, Bachus – trudno było nie mieć do niego sympatii. Hans patrzył na niego jak w obraz, opromieniony osobowością starca. Rzecz ciekawa, nie pragnął rozpusty, lecz jedynie chciał chłonąć życiodajność Pepperkorna. Ten też umarł, wstrzykujac sobie truciznę do krwi.

Siedem lat spędził Castorp w Davos. Na czarodziejskiej górze, gdzie czas płynął inaczej niż na nizinach. Dni dłużyły się, miesiące i lata płynęły szybciej niż minuty. Paradoks? Może.

Odłożyłem książkę z poczuciem nasycenia, z poczuciem sytości i dobrze spełnionego obowiązku. Mann napisał arcydzieło literatury światowej, należy wielbić tego Niemca, który, wyrzucony przez Hitlera z rodzinnego kraju, wiódł życie europejczyka, nie pozbawionego marzeń o dostatniej, liberalno-demokratycznej krainie szczęścia.

Hans Castorp był człowiekiem nijakim, kiedy go poznaliśmy na początku lektury. Ot, zwykły młodzian, któremu nic wielkiego w głowie się nie urodziło. Po siedmiu latach żegnamy go jako trzydziestoletniego, doświadczonego w rozprawach filozoficznych, świadomego obywatela, który to bez zastanowienia rzuca swoje dotychczasowe życie i rusza na ratunek krajowi, pochłoniętemu Wojną. Prowadzenie za rękę przez Autora, widzimy po raz ostatni Hansa, jak ten biegnie przez bagnisty las, a wokół niego latają pociski i granaty. Dziwnie kończy się książka. Podejrzewałem, iż on również zakończy życie w Uzdrowisku, werandując np. na leżaku w swoim pokoju.

Dziwnie tak trochę chwil parę po przeczytaniu takiej książki. Muszę teraz odetchnąć psychicznie, wziąść się za mniej wymagające dzieła, by zbalansować poziom „zastanowienia” w głowie.

Nie będzie cdn. Żegnam się z Davos, machając mu ręką z małego peronu, kiedy pociąg odjeżdża w dół, na niziny, ku normalnemu życiu.

Koniec

Reklamy